Przegląd strony
Zamiast przekopywać cały film dla dwóch minut, które naprawdę się liczą, można wejść od razu w scenę — i na tym pomyśle stoi Scandal Planet. Serwis zbiera nagie zdjęcia, sceny z filmów oraz prawdziwe taśmy z udziałem znanych nazwisk, a w katalogu dorosłych figuruje pod etykietą „Serwisy porno z celebrytami”. Nie chodzi tu o fabułę ani o kunszt operatorski, tylko o ten moment, w którym aktorka albo celebrytka pokazuje więcej, niż pokazywać zamierzała.
Własny opis witryny nie bawi się w niedopowiedzenia: deklaruje, że pomija wszystko przed najciekawszym miejscem, pokazuje sceny, w których gwiazda naprawdę coś zdejmuje, i mówi wprost, kiedy dana taśma istnieje, a kiedy jej nie ma. To ostatnie zdanie znaczy więcej, niż mogłoby się wydawać, bo wokół znanych nazwisk krąży zwykle więcej plotek niż autentycznych nagrań. Sama obietnica brzmi niewinnie, ale w praktyce oznacza selekcję: nie wszystko, co krąży pod nazwiskiem znanej osoby, zasługuje na miejsce w takim zestawieniu. Materiał odpowiada więc na jedno pytanie: czy to, co się widzi, jest sceną zagraną na planie, prawdziwym zapisem z prywatnego obiegu, czy tylko pogłoską powtórzoną przez kolejne strony.
Autor podpisujący się Mr69 pisze o swoim podejściu bez ogródek — kocha celebrytów i kocha seks, a najbardziej interesuje go moment, w którym jedno spotyka drugie. Wymienia to, co normalnie trzeba przeczekać: napisy, fabułę, przemowy, czterdzieści minut ludzi zakładających płaszcze, a potem dwie minuty, w których ktoś naprawdę coś zdejmuje, a kamera nie odwraca wzroku. Tak opisuje swoje archiwum: zbiór dla osób szukających dokładnie w ten sam sposób, czyli nazwisko plus to, co chce się zobaczyć. Z tego założenia wynika ton, który trudno pomylić z czymkolwiek innym: bez udawanej powagi i bez oceniania. Pierwsze wpisy noszą datę stycznia 2016 roku, więc nie jest to projekt sklecony przy okazji jednej głośnej afery.
Skala nazwisk pokazuje, jak szeroka jest ta półka. Blac Chyna i zemsta Roba Kardashiana, Mikey Madison w scenach z „Anory”, Vanessa Hudgens, Inde Navarrette w „Obsession”, Pamela Anderson i taśma z miesiąca miodowego, Chase Sui Wonders, Megan Fox — obok siebie leżą role zagrane na planie, zdjęcia, które trafiły do obiegu wbrew woli właścicielki, oraz nagrania powstałe zupełnie poza produkcją. Dwa nurty, nagie gwiazdy i taśmy, dotyczą zresztą nierzadko tych samych osób, a dla czytelnika to wygodniejsze niż przekopywanie kilkunastu serwisów plotkarskich w poszukiwaniu jednego ujęcia. Zestawienie miesza przy tym nazwiska z różnych dekad — od Pameli Anderson po Mikey Madison — dzięki czemu trafiają się materiały, o których istnieniu łatwo było zapomnieć.
Siła takiego zestawienia tkwi w porządkowaniu. Zdjęcia i scenki z celebrytami krążą po sieci w kawałkach, bez podpisu i kontekstu, a nie każda z nich dotyczy osoby, pod której nazwiskiem została podana. Tutaj wszystko trafia w jedno miejsce razem ze wskazaniem, czym właściwie jest: fragmentem filmu, sceną z serialu, zapisem z prywatnego archiwum. Wtedy widać różnicę między rolą zagraną dla kamery a materiałem, który nigdy nie miał być publiczny — i to właśnie ta różnica, a nie sama nagość, jest właściwym tematem serwisu. Dla kogoś, kto pamięta dany film tylko z jednej scenki, taka informacja bywa ciekawsza niż sama scena. Właśnie dlatego zestawienie ma sens także wtedy, gdy nie zna się tytułu, a pamięta tylko twarz.
Charakter witryny jest czytelny od pierwszego wpisu: dużo nazwisk, zero moralizowania, materiały wybrane pod kątem tego, co w danej produkcji rzeczywiście warto zobaczyć. Obok gwiazd z pierwszych stron portali plotkarskich trafiają się nazwiska kojarzone raczej z ambitniejszym kinem, a wspólnym mianownikiem bywa nie tyle sama scena, ile historia, która się wokół niej zrobiła. Serwis nie udaje wytwórni — działa jak archiwum prowadzone przez kogoś, kto ogląda dokładnie to samo i pokazuje, co znalazł. Adresatem jest dorosły czytelnik, który nie potrzebuje eufemizmów i chce wiedzieć, co właściwie dostaje.
Najwięcej o tej witrynie mówi taśma Pameli Anderson z miesiąca miodowego — wpis, w którym nazwa i obietnica serwisu spotykają się najwyraźniej, a przy okazji najłatwiej wyłapać różnicę między sceną zagraną dla kamery a prawdziwym zapisem.



