Przegląd strony
Brokat, plusz i czerwone światła — tak Big Bang Empire opisuje świat, do którego zaprasza, i już tym zdaniem zdradza, z jakim tytułem mamy do czynienia. To erotyczna gra przeglądarkowa dla dorosłych, w której nie chodzi o podglądanie gotowych scen, lecz o prowadzenie własnej bohaterki przez świat dorosłej rozrywki. W tym zestawieniu trafia pod etykietę „Najlepsze gry porno”, i nie jest to etykieta na wyrost: seks nie jest tu ozdobnikiem, tylko osią całej zabawy. Sam tytuł nie pozostawia wątpliwości, dla kogo jest przeznaczony — to produkcja dla dorosłych, w której w centrum stoi gwiazda, a nie widz.
Punktem wyjścia jest własna postać. Big Bang Empire pozwala stworzyć własną gwiazdę i poprowadzić ją od amatorskich początków aż do pozycji gwiazdy światowej — dokładnie taką drogę zapowiada hasło o przejściu od amatora do gwiazdy. Liczy się więc kariera, a nie pojedyncza scena: bohaterka zaczyna jako anonimowa debiutantka, a jej pozycja rośnie wraz z tym, co dzieje się w grze. Twórcy ubrali to w komiksową stylistykę, która zamiast realistycznego dokumentu proponuje przerysowany, ironiczny obraz świata wielkiej sławy. Tworzenie własnej bohaterki to zresztą zabieg, który w dorosłej rozgrywce zmienia więcej, niż mogłoby się wydawać: ciężar przenosi się z biernego oglądania na decyzje gracza, a to, kim jest postać i jak się zachowa, zaczyna mieć znaczenie. W praktyce oznacza to grę o budowaniu własnej legendy, w której dorosła treść idzie w parze z przymrużeniem oka — rzadkie połączenie, bo większość materiałów dla dorosłych traktuje siebie zupełnie serio.
Drugim filarem jest rywalizacja. Zamiast ścigać się z komputerem, gracz mierzy się z prawdziwymi przeciwnikami — innymi graczami, którzy równie chętnie wcielają się w erotyczne gwiazdki. Stawką jest miejsce w tym świecie: o tym, czy uda się przebić ponad tłum, decyduje starcie z ludźmi grającymi w tym samym czasie, a nie narzucony scenariusz. Erotyczny kontekst dodaje tej rywalizacji osobnego smaku — nie chodzi o tabelę punktów, lecz o pozycję w świecie, w którym znaczenie mają uroda, odwaga i umiejętność zaprezentowania się innym graczom. Dla kogoś, kto lubi rozgrywkę opartą na kontakcie z drugą osobą, to inny rodzaj emocji niż oglądanie nagrania: trzeba coś z siebie dać i coś wygrać.
Miejscem akcji są lokacje o nazwach takich jak Santo Rocco i Los Vengeles. Brzmią znajomo i to zabieg celowy: gra bawi się konwencją wielkiego miasta, sławy i czerwonego dywanu, a całość doprawiona jest sporą dawką ironii. Nazwy miejscowości podszywają się pod znane metropolie, a cały świat przedstawiony trzyma się konwencji błyszczącej rozrywki — z blaskiem i czerwonymi światłami w tle. Zamiast udawać realistyczne środowisko branży dla dorosłych, produkcja robi z niego barwną opowieść, w której można bawić się formułą bez patrzenia na siebie zbyt poważnie. Taka sceneria ma jeszcze jedną zaletę: pozwala traktować dorosłe motywy jako element większej historii o wspinaniu się na szczyt, a nie jako jedyny powód, dla którego sięga się po grę.
Wejście nic nie kosztuje — produkcja reklamuje się jako darmowa gra dla dorosłych, a obok wersji przeglądarkowej dostępne jest wydanie na urządzenia mobilne. Tytuł działa na kilku serwerach, na których pojawiają się także gracze z dłuższym stażem, a własne forum daje miejsce na wymianę uwag między uczestnikami. Kilka równoległych serwerów i stała obecność społeczności zdradzają, że nie chodzi o krótką przygodę na jeden wieczór, lecz o coś, do czego wraca się przez dłuższy czas. Wersja mobilna sprawia z kolei, że rozgrywka nie zamyka się w domu przed monitorem i może towarzyszyć graczowi tam, gdzie ma ochotę do niej wrócić. Darmowy start ma tu znaczenie: pozwala sprawdzić, czy konwencja erotycznej gry o karierze gwiazdy odpowiada poczuciu humoru gracza, zanim włoży się w nią więcej czasu.
Zaczynać warto od postaci — od tego, kim ma być własna gwiazda i jak wygląda, bo z tego wyboru wyrasta wszystko, co przychodzi później: pierwsze kroki debiutantki, kolejne starcia i miejsce wśród innych gwiazd. Właśnie w budowaniu kariery od zera leży sedno tego tytułu, a nie w pojedynczej scenie.



